Zazdroszczę Ci.

Zazdroszczę Ci podrywów i porzuceń z których nic, tylko cztery łzy. Ze skazą serc. Głosów rozżalonych, co w czterech łzach topią się.
Zazdroszczę Ci miejsca w głowie, pustych chwil. Wolnych dób, jakbyś przestał żyć. Kiedyś też stagnacją mogłem chwalić się. Dziś tylko lęk, bo coś mnie goni.
Zrozum ten absurdalny, krótki tekst o dziecku, co przestało jeść. Wieczny głód, to on tu winny jest, lecz nie ma czym nasycić go.

zabijasz mnie już sto pierwszy raz

zabijasz mnie już sto pierwszy raz
by wskrzesić i śmiać się w twarz
kto z nas pierwszy rzuci ciężką broń
na ziemię splamioną krwią?

spójrz, poświęcam swój ostatni dech
bym mógł rozpalić się
zabijasz mnie sto pierwszy raz
a i tak próbuję wzniecić żar

jestem wątły jak cień…
żal mi życia w ten dzień…

sprawiłeś bym był, więc pozwól także żyć
nie każ wciąż w nadziei tkwić
dałeś mi sny, więc pozwól też lśnić
nie pozwól bym w cieniu wył

ze śmiercią znam się twarzą w twarz
będę szczery, to twój słaby żart
czy to pokuta za mój grzeszny czas?
przepraszam, to nie byłem ja

spójrz, wytężam swój marny słuch
by usłyszeć twych kilka słów
ze śmiercią znam się twarzą w twarz
więc nie mów, że to tylko strach

jestem wątły jak cień…
żal mi życia w ten dzień…

sprawiłeś bym był, więc pozwól także żyć
nie każ wciąż w nadziei tkwić
dałeś mi sny, więc pozwól też lśnić
nie pozwól bym w cieniu wył

hej dziewczyno!

hej dziewczyno!
w okularach i z padliną
zamiast ciała
ligniną
owiń swoją miłość

hej chłopaku!
ze ścierwami na deptaku
zamiast psów
nie debatuj
pieprz swoich przyjaciół

poszukiwacze wysokich progów
tlimy niedosyt wrażeń i kłamstw
noc pełna pustych dialogów
zostawiamy pusty chłam wam

To była któraś sobota z kolei…

To była któraś sobota z kolei, kiedy szykowaliśmy się do nocy filmowej. Standardowo – kilka wygodnych poduszek, film kategorii B i coś do picia…. Robiłem pop-corn i znów wstawiłem na trzydzieści sekund za długo niż mówiłaś. Złościłaś się, że nienawidzisz spalonego, a ja się śmiałem, co doprowadziło Cię do jeszcze większego szału.

Śmiałem się do odtwarzanego w głowie film z przed kilku lat… To był czwartek, taki sam jak każdy poprzedni. Po polskim szliśmy z nieznanymi Ci ludźmi oglądać film. Zachodząc po drodze do sklepu dziewczyny liczyły kalorie, a chłopaki pieniądze. My chcieliśmy więcej, dziewczyny mniej… Nigdy nie wybieraliśmy filmu. Nie był ważny. Seans trwał w naszych głowach odtwarzany przez wspólny projektor absurdu. Godzinami leżeliśmy na jednym łóżku, czasami pijani smacznym flirtem lub odmóżdżeni śmiechem wdychając smród spalonego przeze mnie pop-corn’u.

Z wizji wyrwałaś mnie pretensją, że jestem bezczelny. Że wszystko traktuję jak żart, nie myślę.

Przeprosiłem, a Ty zjadłaś pop-corn.

 

Nie pytam o szczeście.

nie pytam o szczęście bo nikt dziś go nie ma
ja pytam o chwilę co uśmiech jest winna
nie proszę o miłość lecz o chwilę rozkoszy
bym mógł zapomnieć jak boli jej dotyk
nie chcę też wiary uszytej z bojaźni
że coś mnie rozliczy ze złudnej wolności

czekam aż życie przede mną uklęknie
przeprosi swym cudem za winy i mękę

Wlewa sobie do oczu kilka kropel łez.

wlewa sobie do oczu kilka kropel łez
kiedy przeleje dławi się
mówi że świat jej skończył się

tam gdzie był mózg
został złości złóg
tam gdzie był mózg
teraz stoi wróg

spokój sobie schowała w otwór ciemny jak
czarne usta wygięte
w podkowę klnące cały świat

tam gdzie był mózg
gnije ciszy trup
tam gdzie był mózg
cisnął szałem bóg

przypomnij sobie jak różą zwali cię
płatki odpadły liście też
jedynie kolcami przyozdabiasz się

tam gdzie był mózg
rozsądkiem spróbuj czasem kłuć

 

ważka siedzi na balkonie

 

ważka siedzi na balkonie
snuje myśli pełne mdłości
tysiąc luster w całej głowie
szkliwo zdarte aż do kości
w każdym z luster brak odbicia
szkło skruszone lśni w powietrzu
już nie słychać serca bicia
ból zagnieździł się w tym miejscu
ważka więc ucieka dalej
sypiąc z oczu lśniącym pyłem
podtrzymuje swoją wiarę
że tym razem się nie myli

 

 

 

 

 

 

Pan Nocy.

Powietrze było nadzwyczaj ciepłe, albo tylko tak mi się wydawało. W końcu byłem zupełnie nagi, a moje ciuchy leżały obok waszych kilka kilometrów za mną, przy drodze, której kamyki poraniły mi wtedy stopy do krwi. Rozgrzewała nas adrenalina i poczucie wolności, które tłoczyło serce, rezolutnie zagłuszając mózg wrzeszczący WSTYD! Wstyd nie istniał i wasza nagość nie istniała. Byłem ja, odbijająca się pełnia na każdym milimetrze ciała, krew na stopach i wolność.

———-

Księżyc był znów jedynym światłem, ale nawet on nie zdołał wbić się choćby na milimetr w czerń wody, która o tej porze bardziej przypominała wartkie niebo o północy niż rzekę, jaką pamiętałem zza dnia. Kilka godzin wcześniej te plaże oblegane były przez promienie słońca, turystów i hałas. Teraz istniała tylko woda i ciemność… Drżałem, lecz ani z zimna, ani ze strachu. Drżałem w rytm wypłukiwanych myśli.

———-

Świat, a przynajmniej cała wieś leżała nam u stóp. Wrzeszczeliśmy i śpiewaliśmy tańcząc od jednej do drugiej balustrady mostu. Ta noc nas opętała, a my odprawialiśmy swoje rytuały uwolnienia od bladej rzeczywistości. Muzyka była tylko tłem, dla echa naszego ducha, który eksplodując odbijał się od wnętrza naszej skóry… Rytm naszego obłędu… Dźwięki naszych szaleństw.

———-

Takich nocy było kilka. Siadałem na parapecie, spuszczają w zwisie nogi od zewnętrznej strony okna mojego pokoju i trując się, o wiele za wcześniej niż powinienem, dymem niebieskich LMów. Niczego wtedy nie obserwowałem, o niczym nie myślałem. Moją głowę wypełniała muzyka, chyba MGMT lub Florence Welch. Świat stanął przede mną na baczność, a ja znów byłem Panem Nocy.

———-

Słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu, a ja będąc w fazie trzeźwienia po pewnych prochach – świadectwie naiwnej młodości – byłem najszczęśliwszym człowiekiem świata, po nocy która poczęstowała mnie straceniem świadomości, złymi halucynacjami i okradnięciem.

———-

       Dziś przenoszę się na inny grunt… Otaczam ochronną warstwą, by zmyć brud z twarzy.